poniedziałek, 8 maja 2017

Witaj maju!

Podobno to odczuwana wdzięczność może sprawić, że poczujemy się szczęśliwi. Może dlatego te pierwsze dni maja była dla mnie takie dobre. Nigdy nie czułam większej wdzięczności niż teraz. Wiedząc, jak niewiele w życiu zależy od nas, nie pozostaje mi nic innego, jak tylko tę wdzięczność pielęgnować i do niej się odnosić w chwilach zwątpienia.

Nagle, choć całkiem spodziewanie, pojawił się Ktoś, na kogo czekałam całe życie.

Witaj maju. Napełniaj mnie radością życia, jaką tylko ty znasz. Zaurocz. Rozkochaj.










piątek, 21 kwietnia 2017

Poranek taki jak ten

Ile jeszcze takich poranków? Nieperfekcyjnych, ale całkiem przyjemnych? Naprawdę slow. Z dobrym planem. I dobrym serniczkiem:)

Pokusiłam się o wypróbowanie przepisu na sernik chałwowy z nowej książki Lidla - miał być na święta, ale ponieważ zawsze mamy obsuwę, serniki degustowaliśmy u innych, a nasz pojawił się tydzień po;)

Robiąc go umierałam ze śmiechu - założeniem tej książki kucharskiej jest gotowanie razem z dziećmi. Cóż. Jeśli jakiekolwiek dziecko byłoby w stanie pomóc mi przy miksowaniu wrzącej masy nad garnkiem z gotującą się wodą, to z pewnością potrzebowałoby ognioodpornego kombinezonu strażackiego:D Masa, choć pyszna;), była WSZĘDZIE, nawet na moich okularach. To chyba przelało czarę goryczy, bo nie znoszę mieć zanieczyszczonych szkieł, a już na pewno nie jedzeniem! W sumie dzieciom z pewnością spodobałoby się spektakularne chlapanie masą po suficie. No i gary. Do żadnej cukierniczej produkcji nie wykorzystałam jeszcze tylu garów. Może dzieci zajęłyby się myciem:D

Tak mnie zdziwił ten sernik, że na początku wcale mi nie smakował. Dopiero, gdy zapomniałam o bałaganie i brudnych okularach, uznałam, że jest wspaniały:) Polecam gorąco. Wygląda i smakuje zawodowo, oczywiście jeśli się lubi chałwę:)







Dobrej soboty, takiej słodkiej i slow jak ta:)

A.

czwartek, 20 kwietnia 2017

Kwiecień

Urodziłam się w kwietniu. I bardzo mi z tym dobrze. Chociaż uwielbiam narzekać i szukać dziury w całym, to do daty moich urodzin nie mogę się przyczepić. Dla człowieka, który czeka cały rok na wiosnę, wielkie przebudzenie, zazielenienie, odrodzenie i wzrost temperatury, osobiste święto w tym czasie to wisienka na torcie:)


W tym roku może to być najbardziej wyjątkowe święto w całej mojej *letniej egzystencji, a może też być całkiem normalne, jeszcze:)

I bez tego kwiecień w tym roku jest dość osobliwy. Ponieważ pogoda to kontynuacja zimy, dom mam obstawiony roślinami, które boję się wysadzić. Mój śliczny mały leśny ogródek, który tak dobrze się zapowiadał (ach, jakie cudowne gatunki tulipanów tam posadziłam, jak pięknie rosły!) przeżył, a właściwie nie przeżył, armagedon w postaci wizyty głodnych saren. Sarny przyszły dwa razy, żeby dokładnie zatrzeć ślady zbrodni. A tydzień po katastrofie panowie postawili nam ogrodzenie... Bąku wyraził nadzieję, że może jeszcze nam zakwitną te tulipany:) Ciekawe, czemu w to nie wierzę:)

I kiedy udało mi się wreszcie przeboleć stratę, spadł ten śnieg. Dużo śniegu. Bąku zachwycony:)

Z wielką nadzieją patrzę w kalendarz, przecież zima nie może trwać wiecznie, zwłaszcza w moim ulubionym miesiącu!

Ślę Wam pozdrowienia i dziękuję, że nadal się tu pojawiacie:) A, jeszcze nowość. Zaanektowałam sobie kawałek przestrzeni na Instagramie, tu można mnie znaleźć.

Zapraszam!

A.



piątek, 14 kwietnia 2017

Przygotowania

Mimo wiecznego niedoczasu i odkładania pisania na później, muszę dziś wysłać Wam przedświąteczną dawkę energii i przydługawy reportaż z farbowania, bo inaczej się uduszę:)

Lubię przedświąteczne przygotowania. Planowanie, szykowanie, krojenie marchewek i mycie okien. I choć przeważnie nie udaje mi się wszystkiego zrobić na czas (tak, tak, często wieszam bombki już w święta - mam na myśli Boże Narodzenie, na szczęście;)), to jednak znajduję przyjemność w ogarnianiu, ozdabianiu i działaniu pod presją czasu:)

Zdjęcia powstały nieco wcześniej, po to właśnie, żeby powstały:) Wypróbowałam w tym roku farbowanie jajek w czerwonej kapuście i byłam zachwycona wynikiem eksperymentu. Nie uwierzyłabym, że mogą wyglądać tak spektakularnie, gdyby mi się nie udało za pierwszym razem. Jak to zwykle bywa, dziś, czyli kiedy wybiła godzina zero, wszystko jest nie tak i jaja nie mają ochoty się farbować. Jednak dobrze, że na czarną godzinę zbunkrowałam też chemiczne kolory. Jutro uratują święta.

Pozostaje mi jedynie zaprosić do obejrzenia ujęć najbardziej niebieskich pisanek świata:)

















Jeszcze parę podrygów w kuchni i będzie można rozpocząć oficjalne świętowanie, którego nie mogę się doczekać:) Uwielbiam te święta i życzę Wam, żeby były wyjątkowe:)

Do usłyszenia!
A.

piątek, 10 lutego 2017

Piąteczku!

Dodaj mi energii proszę, bym zdziałała com zaplanowała była. Trochę porządku tu i tam, to i w głowie się lepiej układa, trochę słońca (dziś podobno w całej PL taka odmiana miła, w Warszawie na Myśliwieckiej już od rana - nie wiem, nie byłam), trochę nowej farby na ścianach, ażeby w kulturze pewnej zamieszkiwać i egzystencję nieco rozświetlić. Piąteczku, przestań już zsyłać na mnie kurierów, bo się sąsiedzi zaczną zastanawiać, czemu tylu różnych panów mnie odwiedza pod nieobecność męża. Ci kurierzy to plaga jakaś, podobnie jak pani z poczty - zawsze wyczują, kiedy usypiam dziecko i zaczną wtedy właśnie wydzwaniać serenady na domofonie. A przecież dziecko wybite ze snu w nieodpowiedniej porze, w  dodatku w piąteczek, to połączenie fatalne! I jeszcze jedno, piąteczku. Wrzuć gdzieś pomarańcze w promo, bo mi się skończyły.






No, to lista życzeń na dziś została zamknięta. Pora wziąć się do roboty:)

Udanego weekendu!

A.

czwartek, 9 lutego 2017

Niektórym już wystarczy zimy.

Na przykład mnie. Minus dziesięć już mi się znudziło. Brudny skamieniały śnieg również. Przyjemne to wszystko było na początku stycznia. W ferie jeszcze też. Miarka się przebrała i zaczęłam nerwowo przebierać nogami do wiosny. To znaczy obstawiać się kwieciem, planować remonty i zasiewy;) i mierzyć wiosenne buty.

Ptaki osiedlowe też się już doczekać nie mogą, bo sobie już podśpiewują hymny uwielbienia dla najpiękniejszej pory roku. A Wy nucicie sobie już pod nosem? :)







środa, 8 lutego 2017

5/5

Taki mam tegoroczny wynik, a nie jest on jeszcze ostatecznie przesądzony:D Okazało się, że osiągnęłam level master w uprawie hipeastrum czy jak się tam nie nazywają te moje amarylisy. Pamiętam te pierwsze lata samodzielnego chowu tychże. Z wielu cebulek, zastawiających mi okna i drażniących językowatymi liśćmi przez większą część roku, dostawałam w nagrodę jeden lub dwa pąki. Oddałam więc większość mamie, bo ma duży dom:D Że źle zrobiłam, wiedziałam już po chwili, bo niewdzięczniki od razu tam zakwitły!

Od tego czasu minęło kilka lat, a moja kolekcja wzbogaciła się o białe, zielonkawe i pełne sztuki. Mam też jakiś przypadkowy czerwony. I nie po raz pierwszy uzyskuję tak świetny wynik jak 5/5 w generowaniu pąków.

Poznałam sekrety tych roślin, albo one poznały mnie i odkryły, że nic ze mną nie zwojują - przystosują się lub zginą:D

Przesadzam co roku do nowej ziemi, do tych samych ciasnych doniczek. Potem czekam na kwiaty. Następnie odstawiam w miejsce, gdzie mnie nie denerwują ich przydługawe liście. Leję nawóz. Po zimnej Zośce wyrzucam na balkon, żeby za często nie oglądać liści. One udają wtedy pelargonie i żłopią nawóz co podlewanie. Pod koniec lata uznaję, że już czas na drzemkę. Ucinam liście i zlecam mężowi wyniesienie ich w całości do piwnicy. Zapominam o ich istnieniu. (Nie drażnią mnie liście.) Mijają święta. Przypominam sobie, że już by trzeba wydobyć cebule z czeluści piwnicy. Zlecam przyniesienie towaru z piwnicy. Historia zatacza koło.

A na koniec jeszcze jedno. Nie próbujcie tego w domu:)

A.